Wycieczka do Torunia zaczęła się całkiem zwyczajnie, ale już po chwili okazało się, że czeka nas dzień pełen magii, mąki i… podejrzanie wysokiego stężenia cynamonu w powietrzu. W „Żywym Muzeum Piernika” powitała nas wiedźma, ale zamiast straszyć, kazała nam wyrabiać ciasto. Mieszaliśmy, wałkowaliśmy, podsypywaliśmy mąką aż w końcu ulepiliśmy swoje własne pierniki. Wiedźma opowiadała przy tym o historii przypraw. Dowiedzieliśmy się, skąd przybył imbir, kto pierwszy upiekł piernik, i że kiedyś przyprawy były droższe niż nowy smartfon. Po piernikowym kursie ruszyliśmy w miasto. Zwiedziliśmy toruńską starówkę, gdzie gotyckie budynki wyglądały równie imponująco, jak nasze pobielone od mąki koszulki. Na koniec przeszliśmy się po jarmarku bożonarodzeniowym. Było tam wszystko: światełka, pamiątki, zapachy, muzyka i oczywiście kolejne pierniki — bo przecież w Toruniu bez piernika ani rusz.
Julia Glinka









